sobota, 19 marca 2016

Dziewczęta pracujące

O usługach seksualnych w Barcelonie wspomina się często, i nie są to wspominki przesadzone. Prostytucję i osoby powiązane widać, dosyć zresztą wyraźnie, bez czajenia się w cieniu. Każdego dnia po zmroku struktura grup na ulicach Raval ulega drobnej zmianie - naciągacze ze sklepów z pamiątkami ustępują naciągającym do tego i owego dziewczętom.
Jeszcze parę lat temu jawność tej sytuacji była problematyczna - pałętając się po bardziej przypadkowych ulicach El Raval szansa na spotkanie turysty i kurtyzany w chwili uniesienia była stosunkowo wysoka. Obecnie nie wydaje się to czymś przytłaczającym, co potwierdzają lokalni i moje spacery - nie miałem przyjemności natknąć się na kopulujące parki, a zazwyczaj trafiam do miejsc niewybrednych. Tym niemniej - prostytucja jest nadal obecna i ma się dobrze, a wszelkie działania lokalnych władz raczej dążyły i dążą do jej unormowania i złagodnienia niż rzeczywistej likwidacji. Głos samych kurtyzan jest w dyskusji istotny, i do tego często zabierany. Łączą się nawet w zorganizowane grupy , jak choćby Putas Indignadas, domagające się swoich praw w razie dowolnej sytuacji awaryjnej. Aktualnie, podobnie jak z dystrybucją marihuany, całość nie jest ani legalna, ani zakazana. Burdele funkcjonują jako kluby i całość lokuje się komfortowo w szarej strefie. Pomijając zamtuzy bez klubowej nazwy, ukryte gdzieś... w ciemnej strefie szarej strefy?
Jak to wszystko wygląda na co dzień? W gruncie rzeczy dosyć przyjaźnie. Dziewczyny zaczepiają potencjalnych klientów bezpośrednio, ale na pewno nie nachalnie. Stroje wcale nie są za skąpe, choć wystarczająco sugestywne, żeby wiedzieć z kim ma się do czynienia - za różowy szalik, za dużo cekinów na kurtce albo zbyt świecące buty nie pozostawiają złudzeń. Rozmowy z panami przeprowadzane są bardzo łagodnie i niewulgarnie. Z reguły to sami turyści bywają przykrzy i nieraz stroją sobie żarty, co przyzwyczajone już kurtyzany puszczają mimo uszu i wracają do swoich poszukiwań. Przy okazji samej namowy do nierządu frajda jest już niezgorsza, bo odzywki dziewcząt nieraz porażają fantazją. Zestaw odzywek jest do tego dostępny w co najmniej dwóch, czy trzech językach. Od delikatniejszych, jak metafory krążące wokół ognia(mój faworyt: Come on baby, light my fire) po bezpośrednie onomatopeje, np. 'bum bum bum?', ze zdecydowanym znakiem zapytania na końcu. Atmosfera bywa więc komiczna, i do tego zaskakująco sympatyczna! https://www.youtube.com/watch?v=yl8OUZX-7KA

6 komentarzy:

Narwany wśród swoich pisze...

Ciekawe i niecodzienne spojrzenie na problem muszę przyznać. Chociaż, w tym kraju to raczej część kultury niż problem. Mieszkańcy pewnie i tak się już przyzwyczaili a dla turystów to zawsze jakaś rozrywka :)

Mikolaj Kopczak pisze...

Poniekąd tak właśnie jest, bynajmniej nie igra to z miejscową moralnością :) Problemy sąsiadów są(jeśli w ogóle są) czysto praktyczne - hałasy, wrzaski i inne wyrywające z codziennego rytmu historie.

Agata Kreft Ciesielska pisze...

Trafiłam do tej dzielnicy zupełnym przypadkiem, gdy wracaliśmy z muzeum Joana Miro i po prostu weszliśmy nie w tą uliczkę, co trzeba :) Ale od razu wiedzieliśmy, że coś jest inaczej ;) Nas jednak nikt nie zaczepiał i nie czuliśmy się jakoś specjalnie zagrożeni :)

Smiley Project pisze...

Grunt, że nie są zbyt nachalne ;)

Bookendorfina Izabela Pycio pisze...

Wszystko dla ludzi, najważniejsze, że w przyjaznej atmosferze. :)

Ewa Sobania pisze...

Dobrze, że potrafią o takich kwestiach rozmawiać 😃