wtorek, 8 marca 2016

Pierwsze widzenie

Los zdecydował, że z dziewiczą wizytą wstąpiłem w gościnne progi Raval od wschodniej strony ulicy Carrer Nou de La Rambla. Przy okazji była to możliwość  do zobaczenia Palau Guell Gaudiego - jednej z popularniejszych atrakcji  w okolicy. Posiadłość w wymyślnym stylu katalońskiego architekta zamknięta jest w kordonie miejsc barwnych, choć zdecydowanie ujmujących jej secesyjnej szykowności. Z prawej nieustannie czynny supermarket cieszy się ciągłymi wizytami klienteli, która nieraz decyduje się  na przejście na lewo od Palau Guell - do barów nazwanych fantazyjnie A la Turca czy  Księżycem Stambułu. Mimo bliskości kontenerów bywa , że pozostałości posiłków i napitków lądują na murach posiadłości lub w jej pobliżu. Towarzyszący temu gwar nieraz budzi tułaczy śpiących w nawie z bankomatem. Tych parę osób, ciasno opatulonych kocami i śpiworami, rzuca czasem niejasne, choć najpewniej obraźliwe uwagi do rozwrzeszczanego towarzystwa.

Za zagubionym turystą z Azji  maszeruje skąpo odziana dama. Używając mieszanki hiszpańskiego i angielskiego opowiada o budzeniu żywiołu ognia w którymś z tutejszych burdeli. Pan z Azji jest niewzruszony i zapewne też nie do końca świadom sytuacji - z zagubioną miną odchodzi w stronę La Rambla. Po chwili jego sylwetka zanika i w końcu ginie pochłonięta przez tłum. Od strony deptaku okupowanego tak za dnia, jak i w nocy, czuje się niesłabnącą siłę huku tabunów turystów. Tworzy to wrażenie względnego spokoju w otoczeniu Palau Guell.
Mącąc wzrokiem po  kamienicach wokół zauważam malunek kobiecej postaci, o nieco syreniej formie, zręcznie wkomponowany w zagłębienia po zdrapanym tynku. Któryś przechodzień poniesiony duchem wieczornej fiesty wysikuje się śmiało na dzieło sztuki, podkuszony być może morskimi skojarzeniami. Okazuje się, że duszący zapach, na który nie zwróciłem dotychczas uwagi, był w głównej mierze właśnie uryną. Odchodzę dalej w poszukiwaniu swojego lokum. Wraz z wkroczeniem w jedną z bocznych uliczek zapach moczu ustępuje bliżej nieznanym aromatom chińskiego lokalu, goszczącego dwie niewyraźne postacie w dredach. Oferta na ulotkach rozrzuconych wokół nie wydaje się bogata, choć różne wersje sałatki z glonów wyglądają akceptowalnie.


Właściciel nie odbiera.  Lokuję się w drzwiach kamienicy, siadając na jednym z plecaków. W scenie we wrotach tkwię ja z bagażami wraz z rozbitym w mak telewizorem tuż obok. Na podniszczonym fotelu parę metrów dalej śpi posiwiały już brodacz w płaszczu przeciwdeszczowym, przewracający nerwowo głowę, to w lewo to w prawo. Z balkonu nade mną wydobywa się nagła fala krzyków w bliżej niezidentyfikowanym języku, równie nagle przestaje, ustępując rytmicznemu chrapaniu śpiącego i wciąż donośnym dźwiękom La Rambla. Spomiędzy kontenerów na końcu ulicy wyskakuje czarny kot, by po momentalnej  kakofonii dzikich wrzasków zostać pogonionym przez innego, o nieco jaśniejszej maści. Zwierzęta znikają za zakrętem, A wśród dźwięków ulic znów pozostaje śniący na fotelu jegomość i sięgający z oddali gwar La Rambla. Z opresji polegiwania w drzwiach wyratował mnie wracający akurat współlokator.

Po ciepłych przedstawieniach, zostawieniu toreb oraz konsumpcji ostatniej kanapki i niedojedzonego w samolocie batona ruszam na ostatnią, przedsenną wycieczkę. W miejscu z kontenerami, skąd przed kwadransem wyłoniły się koty, dwóch osobników śpi na zżółkłym materacu. Przykryci solidnym, choć podziurawionym gdzieniegdzie kocem, wyglądają w swoim śnie wyjątkowo beztrosko. A noc, jak na lokalne standardy, jest niewątpliwie chłodna. Tuż za zakrętem lokalny bar pulsuje życiem. Przy akompaniamencie mniej i bardziej znanych utworów, najpewniej z końcówki ubiegłego wieku, grupa osób sączy sangrię z plastikowych kubków.  Knajpa jest  zbiorowiskiem butelek, zestawu trzech kegów, zlewu i lady wbitych wręcz w mur - goście siedzą na zewnątrz otoczeni prowizorycznymi ścianami z plastikowej folii. Gdy tylko natężenie przy barze ustępuje, barman przeskakuje przez ladę i odbiega w stronę La Rambla przywabić więcej spragnionych postaci. Te już odpowiednio napojone oddalają się niekiedy za potrzebą. Idą w głąb uliczki, kuszone zapewne drwiącym napisem 'public toilet' na jednym z murów nieopodal. Wiedziony sennością wracam do mieszkania zregenerować siły.


blog search engine
blog search engine

4 komentarze:

Katarzyna Lewtak pisze...

Ciekawe podejście do opisu i fajna narracja.

Homoturisticus pisze...

Super relacja, poczułam się, jakbym sama tam była ;) Dzięki Ci za to!

AnnaKarolina pisze...

Tworzysz niesamowity nastrój, trochę czarujesz słowami, co doskonale się czyta. Brakuje mi tego bardzo w "dzisiejszych" blogach. Twój jest pozytywnie niedzisiejszy ;) Super!

Mikolaj Kopczak pisze...

Niesamowicie się cieszę! Takie są moje intencje, choć czasem i tak muszę trzymać wodze nad składnią :) dzięki bardzo!